Archiwum bloga

Ciekawostka czytelnicza

Najgrubsza książka świata liczy 4032 strony, a waży około 8 kilogramów. Jest to zbiór wszystkich przygód panny Marple - postaci wykreowanej przez Agathę Christie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Globus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Globus. Pokaż wszystkie posty

Sukces naszej blogerki


Wśród uczniów naszej szkoły mamy nie tylko talenty w dziedzinie nauk ścisłych. Być może szkolne korytarze przemierzają przyszli pisarze. Z pewnością tak!
Laureatką konkursu literackiego ”Świąteczne zda(e)rzenie” zorganizowanego przez Miejską  Bibliotekę Publiczną w Dąbrowie Górniczej została nasza blogerka Maja Swoboda , która zajęła pierwsze miejsce w kategorii 16+. Maja pokonała wielu konkurentów – na konkurs nadesłano 99 prac z całej Polski. Serdecznie gratulujemy!
Nagrodzone opowiadanie "Święta na sznurkach" :


Święta na sznurkach

Pośród wszechobecnej atmosfery ekscytacji panującej w tę Wigilię, tylko książki spały spokojnie. Pozostali przechodzili bowiem zaawansowane stadium przedświątecznej gorączki
i szczerze wątpię, by istniało na to lekarstwo. Wszystko powinno przecież zostać dopięte na ostatni guzik, by ten szczególny dzień pozostawał w pamięci przynajmniej do przyszłego roku.
O stworzenie magicznego nastroju szczególnie dbali pracownicy miejskiego Domu Kultury, którzy, chcąc pomóc zabieganym w tym dniu rodzicom, zorganizowali świetlicę dla dzieci. Jeden
z bibliotekarzy upodobnij się do świętego Mikołaja, w czym starannie zapuszczana, długa broda tylko mu pomogła. W sali obok odbywały się zajęcia plastyczne, gdzie dzieci zaopatrzone w farbki, kredki i masę papieru kolorowego tworzyły najróżniejsze laurki dla swoich bliskich. Jednak nic nie wzbudzało takich emocji, jak najprawdziwszy w świecie teatrzyk kukiełkowy. Jego właściciel, młodzieniec imieniem Antoni, otrzymawszy propozycję występu, migiem przywdział swój prochowiec do zadań specjalnych, odjechał swoim wozem i w ciągu godziny znalazł się w Domu Kultury.
Babcia Tadzia skorzystała z tego faktu i zostawiła tam marudną wnuczkę, by samemu móc zająć się krążeniem po mieście i odhaczaniu kolejnych punktów z listy „do zrobienia”. Ania, mimo początkowych protestów, na wieść o przedstawieniu uśmiechnęła się szeroko. Naciągnęła na siebie szybko swój sweterek
w jodełkę, a po chwili siedziała razem z innymi dziećmi naprzeciwko lalkarza i jego aktorów.
Kiedy Antoni pociągał za ich niewidzialne sznureczki, niektóre kukiełki płynęły
w powietrzu z gracją obcą niejednemu człowiekowi. Inne zaś stąpały ciężko po podłodze, niezgrabnie stawiając ogromne kroki. Część kulała i nietrudno było wyczytać z ich zachowania zmęczenie. Innymi słowy każda marionetka zdawała się żyć własnym życiem. Dzieci obserwowały to zjawisko z zachwytem nie mniejszym od tego, który okazywał Antoni przyglądający się ich reakcjom. W pewnym momencie na scenie pojawiła się drobniutka dziewczynka, mająca przeźroczyste skrzydełka, ubrana w jasną sukieneczkę. Jako jedyna ze wszystkich lalek wydawała się martwa, w jej oczach widzowie dostrzegli brokat oraz liczne turkusowe przebłyski. Ruszała się sztywno, nienaturalnie i właściwie nie dało się w niej ujrzeć niczego, co nie wyglądałoby sztucznie.
Ta wróżka to ja, pomyślała Ania, niemal od razu zdając sobie sprawę z bezsensowności tej myśli. Ona tylko mnie przypomina, poprawiła się po chwili.
Chwilę później do wróżki dołączył także puchaty elfik, równie niepasujący do pozostałych kukiełek jak ona. Kolejne dziecko dostrzegło w laleczce samego siebie. Mały chłopczyk, którego imienia nie udało mi się zapamiętać, wpatrywał się w nią jak zaczarowany.
Po przedstawieniu podszedł do Antoniego, by spytać o lalkę. Był co prawda nieco zmęczony, ale wiedział, że potem może już nie mieć okazji. Gdzieś z tyłu głowy świtała mu myśl, że wkrótce przyjdzie po niego mama. Spojrzał raz jeszcze w stronę marionetek i… niepomny tego, ziewnął tylko.
- Witaj chłopczyku – powiedział Antoni, a w oczach tańczyły mu wesołe iskierki. Naprawdę uwielbiał, gdy urocze elfiki przychodziły do niego, by pochwalić przedstawienie. – Czy mogę ci w czymś pomóc?
- Chciałbym zapytać pana o jedną lalkę – odparł, jednocześnie pocierając klejące się oczy. Lalkarz odciągnął go nieco na bok i zaczął odpowiadać.
Po zajęciach plastycznych bardzo podobne pytanie usłyszał od Ani. Równie szczęśliwy odpowiedział i napomknął o jej rówieśniku.
- Widziałem jego spojrzenie – szepnął – Chciał mnie poprosić o tę lalkę, ale się wstydził. Jednak dostrzegłem to w jego oczach! Wpadł jak śliwka w świąteczny kompot! – zachichotał tajemniczo pod koniec rozmowy.
Tak się jakoś złożyło, że oboje dzieci potem zaginęło. Rozpaczliwe poszukiwania rozpoczęto niemal od razu i tylko bombki wisiały niewzruszone, obserwując to w milczeniu.
W międzyczasie lalkarz dyskretnie opuścił miasto. Czy ktoś zauważył jego zniknięcie? Tego nie wiem, lecz pierwszego dnia świąt wystawiał sztukę w zupełnie innym miejscu. Dla odmiany nie mógł zatrzymać się w żadnym budynku, więc jego trupa zmuszona została do grania na dworze.
Po występie zagadnęła go starsza pani, której zdawało się, iż malutka bibliotekarka jest do niej niezmiernie podobna.
- Naprawdę pani tak sądzi? – Antoni zerknął na wspomnianą kukiełkę, jakby doznając nagłego olśnienia. – A wie pani… to nawet może być prawda. Jednak jest tu trochę zimno. Czy mogę zaproponować, że porozmawiamy o tym w moim wozie, przy kubku gorącej czekolady?
Doprawdy, Antoni czasem potrafił wykrzesać z siebie odpowiednią ilość uroku osobistego, by bez problemu zdobyć szturmem serca ludzi – w tym niemłode już serca starszawych pań.
Siedzieli zatem w ten przyjemny, świąteczny poranek rozmawiając jak starzy przyjaciele. Antoni śmiał się wesoło, a z czasem nabierał przekonania, że właśnie taka osoba przydałaby mu się do towarzystwa. Starsza pani nawet nie zauważyła, kiedy wokół jej dłoni zaczęły pojawiać się niewidoczne sznureczki, a świat wokół stał się taki większy… i większy…
Antoni posadził swoją bibliotekarkę przy małym stoliku, tuż obok przeuroczego elfika
i starego marynarza. Żadna z marionetek nie wyglądała już sztucznie – wszystkie po raz kolejny wypełniało życie.
Świętowali razem pierwszy dzień świąt, Antoni i jego kukiełki, które niegdyś były ludźmi. Żadne
z nich zdawało się jednak nie pamiętać o tych odległych czasach. Ten sam nieodgadniony wyraz twarzy mieli teraz wszyscy.
Lalkarz tak naprawdę zdążył uzbierać całkiem sporą kolekcję. Doskonale pamiętał pierwszą marionetkę i pierwsze szczęśliwe święta.
Jego tato nie przywykł do okazywania mu swoich uczuć. W ogóle zdawał się nie przyzwyczaić do obecności Antoniego we własnym życiu. A Antoni zrozumiał to bardzo szybko.
Miał jednak sąsiada – miłego pana w starszym wieku, który raz zaprosił go do siebie
na święta. Chłopiec zgodził się niemal od razu. Jedli razem kolacje Wigilijną, śpiewali kolędy
i robili dokładnie to, co zazwyczaj robią rodziny w tym czasie. I… potem ów sąsiad nagle zamienił się w lalkę. Odkrycie jak to się stało, wcale nie trwało krótko.
Od tamtej chwili jednak Antoni nie był samotny. Miał przecież przy sobie swoją lalkę, którą
z upływem lat zaczął nazywać Papą Geraldem. Niedługo do Papy dołączyła wiedźma Fryderyka, mistrzyni sztuk magicznych, będąca niegdyś zacną sprzedawczynią w pobliskim sklepie.
Dobieranie lalek nie było wcale łatwe. Na przykład, o swoich pierwszych świętach bez Papy wolałby nie pamiętać.  A nie dalej jak jutro minie dokładnie pięć lat od tamtych wydarzeń.
Zaprosił do siebie przyzwoicie wyglądającą matkę i jej dwójkę uroczych dzieci. Przez chwilę był pewien, że idealnie pasują do nieżywych jeszcze lalek aniołków. Wpuścił ich do swojego wozu, podał herbatę, a sam udał się po sprawunki.
Doprawdy, głupi był z niego nastolatek.
Gdy wrócił, taszcząc ze sobą pierniki, karpia i garnek bigosu, które obiecali mu sąsiedzi
w zamian za pomoc w porządkach, zmroziło mu krew w żyłach.
Ręka Papy leżała na podłodze, a cała reszta w rękach przyszłych aniołków. Rozpaczliwie rzucił się
w ich stronę, wyrwał im Papę, by patrzeć jak z jego niewielkich oczu powoli znikają resztki życia. Zrozpaczony i przerażony zaczął płakać.
- Nie da się go naprawić? – spytała nieśmiało matka dzieci. – Pokryję wszystkie koszty, jeśli będzie trzeba…
- A czy gdybym to ja wyrwał rękę pani, to dałoby się naprawić?!
Wyrzucił całą trójkę, a sam resztę dnia spędził wyjąc niczym ranne zwierzę. Łzy nie mogły jednak przywrócić życia Papie. Nikt i nic nie mogło.
Lalkarz nie przestał zbierać kukiełek. Po prostu dobierał kandydatów nieco ostrożniej.
A potem spędzał z nimi święta.
Nie chciał być wtedy sam. I nie był… jego lalki towarzyszyły mu przez resztę życia.

Skomentuj »

Harlan Coben - Trylogia


Jeśli nie lubisz być oszukiwany, stanowczo odradzam ci sięganie po twórczość Cobena. Pisarz ten widocznie za punkt honorowy przyjął  zwodzenie swojego czytelnika i przysłowiowe robienie go w konia na każdym kroku. Z drugiej strony, przecież właśnie na to liczymy wybierając kryminały - chcemy zostać zaskoczeni, mylić się, by na końcu przyznać autorowi rację. Czyż tak właśnie nie jest?

 Pragnę podzielić się z Wami trylogią Cobena, która cała opiera się na oszustwach. Składa się ona z części zatytułowanych: "Schronienie", "Kilka sekund od śmierci" oraz "Odnaleziony", opowiadających o Mickeyu Bolitarze.

Życie nastolatka zmieniło się w chwili, gdy jego ojciec zginął w wypadku samochodowym, a matka została wysłana na odwyk, przez co chłopak wylądował w domu swojego wuja. Mickey zaczyna chodzić do szkoły, poznaje swoją prawie dziewczynę, zdobywa przyjaciół i wrogów. Lecz nie może nawet pomarzyć o normalności. Kiedy miejscowe straszydło, Nietoperzyca - starsza pani mieszkająca samotnie w wielkim domu - oznajmia, że jego ojciec wcale nie zginął, budzi w nastolatku nadzieję
i chęć do sprawdzenia prawdziwości tych słów. W międzyczasie jednak młodzieniec kilkakrotnie zmuszony jest pobawić się w detektywa. A wszystko za sprawą tajemniczej organizacji, która zleca jemu oraz jego przyjaciołom ratowanie konkretnych osób.

Trochę dużo.

Harlan Coben konsekwentnie trzyma się zasady "Wszyscy kłamią". A mówiąc wszyscy, mam na myśli wszyscy. Główny bohater, jego przyjaciele, Nietoperzyca i - cóż za niespodzianka - również antagoniści. Nawet sam autor postanawia okłamywać nas od czasu do czasu podsuwając fakty, które w rzeczywistości mają niewiele wspólnego z prawdą.

Nie można uwierzyć w nic, czego się dowiadujemy z książki. Często bowiem informacje w niej zawarte okazują się zupełnym przeciwieństwem faktycznego stanu rzeczy. Naturalnie, Coben raczy nas o tym powiadomić dopiero w następnej części.

Mimo to najważniejsze pytanie - jak potoczyły się losy ojca Mickeya - nie zostaje zapomniane. Szukając odpowiedzi, nastolatek przekonuje się, że nawet osoba, która zasiała w nim ziarnko niepewności, nie potrafi nic na ten temat powiedzieć. Nie stanowi to jednak żadnej poważnej przeszkody na drodze prowadzącej do prawdy.

Ciężko jest dopisać coś więcej bez niepotrzebnego spoilerowania, zatem dodam jedynie, że bohaterowie nie zwalniają tempa ani na chwilę. Tuż po rozwiązaniu jednej sprawy, zajmują się  kolejną.

Starając się zebrać to wszystko w krótkim podsumowaniu, powiem, że by przeczytać trylogię należy mieć dużo wolnego czasu. Kiedy się bowiem już zacznie, bardzo ciężko jest choćby na chwilę oderwać się od książki. Ale skoro z własnej woli pakujemy się w sieć kłamstw i oszustw, należałoby się przecież z niej jakoś wyplątać. A nie ma na to lepszego sposobu, niż po prostu przeczytać do końca.


Skomentuj »

Agatha Christie - Dwanaście prac Herkulesa


Wśród genialnych detektywów, tuż obok Sherlocka Holmesa, jedno z czołowych miejsc zajmuje Herkules Poirot. Nie jest to wcale dziwne, ponieważ - choć jego metody są tak różne od sposobów działania geniusza z Bakerstreet - mają oni szereg cech wspólnych, które powinny charakteryzować każdego, kto rozwiązuje zagadki kryminalne.

Inteligencja, spryt, przenikliwość, a także umiejętność kreatywnego myślenia i szybkiego analizowania faktów - to tylko niektóre z cech, którymi Agatha hojnie obdarowała małego człowieczka z Belgii. Niestety - lub może raczej wprost przeciwnie - na próżno szukać wśród nich skromności. Akcję utworu rozpoczyna krótki wstęp, w którym Poirot dowiaduje się o swoim mitycznym imienniku i zaczyna wątpić w jego bohaterstwo. Uznaje Herkulesa za osobnika o śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach, a następnie stwierdza, że sam wykona jego dwanaście prac o wiele lepiej.

Tak oto wkraczamy wraz z nim do niejako innego świata, pełnego niespotykanych stworzeń, którym należy stawić czoło. Detektyw swoje "prace" wybiera kierując się głównie symboliką - i chwała mu za to, ponieważ o ile udało mu się odnaleźć Cerbera, jego próby poszukiwania na przykład ptaków stymfalijskich lub hydry, jak podejrzewam, raczej spełzły by na niczym.

Bardzo przypadła mi do gustu różnorodność spraw, których rozwiązania podjął się dzielny Belg. Oprócz uwielbianego przez wszelkie kryminały morderstwa w książce pojawiają się między innymi: szantaż, próba wyciszenia skandalu politycznego, z pozoru niegroźna sekta oraz kradzież.

Całkiem dużo.

Warto jeszcze zauważyć, że akcja utworu nie dzieje się w naszych czasach. Naturalnie, nie jest to wcale powód, by spisywać ją od razu na straty. Zamiast narzekać na staromodność, należałoby raczej dostrzec uroki lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Zasady dobrego wychowania, gościnność, wtrącanie obcojęzycznych zwrotów (francuskich) oraz te negatywne, takie jak na przykład prowincjonalne plotkowanie, pomagają poczuć klimat i na krótką chwilę z dumnego człowieka dwudziestego pierwszego wieku, zmienić się w spokojnego i nieco staromodnego Anglika.

Każde opowiadanie stawia przed detektywem nowe wyzwanie, ale przecież co to dla niego?

Należałoby także wspomnieć o wykorzystaniu przez autorkę elementu zaskoczenia. Poirot często znajduje coś, czego wcale nie szukał, jak na przykład, gdy starał się ustalić źródło plotek, natknął się na niewykryte morderstwo. Albo kiedy starając się wyjaśnić tajemnicze zaginięcie i pojawienie się jednej z uczennic szkoły plastycznej, odzyskał cenny obraz skradziony wcześniej.

Jak na razie brzmi całkiem dobrze. Ażeby było jeszcze lepiej, trzeba podkreślić pomysłowość dokonywanych zbrodni. O ile podszycie się przestępcy pod policjanta nie jest niczym niespotykanym, o tyle przeprowadzenie na nim operacji plastycznej, pod przykrywką dokonanego na nim ataku, nie można nazwać nieoryginalnym. Za równie dobry przykład może posłużyć tak samo opowiadanie "Stado Geryona". Fakt faktem, zatruwanie ludzi przez chemików wydaje się stare jak świat, jednak gdy użyte do tego celu bakterie i substancje działają tylko na ludzi, którzy cierpieli wcześniej na konkretną dolegliwość, należy do rozwiązań co najmniej interesujących.

Czy trzeba mówić coś jeszcze? Owszem. Nie wolno przecież nie napomknąć niczego o pomysłowości samego detektywa. Skoro zupełnie jak przed mitycznym Herkulesem, postawiono go przed zadaniami z pozoru niemożliwymi, musiał się on odwołać do równie niedorzecznych metod. Nie trzeba daleko szukać - już w drugim opowiadaniu Poirot daje nam to odczuć, choć oczywiście o wiele lepiej swoją kreatywność ukazuje w opowiadaniu piątym. Sprzątnięcie stajni Augiasza wymagało od niego wcześniejszego ubrudzenia sobie rąk. Kto by pomyślał, że czyjeś nazwisko można oczyścić przez oczernienie jego i jego małżonki na forum publicznym?

Podsumowując, Agatha Christie swoją książką zaprasza nas, byśmy wraz z Herkulesem wyruszyli na misję pełną sekretów i niespodzianek i od każdego zależy, czy sam zdecyduje się podjąć tego wyzwania.  Osobiście uważam, że naprawdę warto.

Skomentuj »

Książka kontra serial/Sherlock


Sherlock. Chyba nie muszę wyjaśniać, kogo mam na myśli - w końcu Sherlock jest tylko jeden.
No dobra, to niezupełnie prawda.  Arhtur Conan Doyle sprawił, że błyskowego detektywa pokochało kilka pokoleń, a filmowcy zadbali, by  i kolejne o nich nim nie zapomniały. Adaptacji filmowych Holmesa było wiele, jednak ja zamierzam się skupić na jednej - konkretniej mówiąc na serialu emitowanym przez BBC.

Na wstępie zaznaczę, że na próżno szukać w nim dokładnego odwzorowania książki. Sherlock Holmes co prawda nadal ma obsesje na punkcie rozwiązywania zagadek kryminalnych, a John Watson  wciąż wytrwale mu towarzyszy. Mimo to nawet oni nie są tacy sami.

Zasadniczą różnicą jest czas akcji - twórcy serialu postanowili przenieść ją do dwudziestego pierwszego wieku. Zabieg ten uważam za ciekawy i trafiony  - zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę jego mistrzowskie wykonanie. Każdy odcinek stworzono na podstawie jednego z opowiadań o słynnym detektywie, jednak i to nie przeszkodziło scenarzystom w zmienianiu jego historii - zakończenie zazwyczaj znacząco różni się od tego oryginalnego.

Co więcej postanowili posunąć się o krok dalej - łącząc ze sobą poszczególne epizody. Oglądając serial należy uważać na pozornie mało istotne drobiazgi, ponieważ nigdy nie wiadomo, który szczegół z danego odcinka zostanie wykorzystany w następnym. Stworzona w ten sposób intryga wciąga i niejednokrotnie zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie.

Kolejną rzeczą, która uległa zmianie, jest charakter głównego bohatera. Co prawda brak okazywania emocji nadal cechuje Sherlocka, ale jego maniery to już inna kwestia. W książce niezwykle kulturalny i dobrze wychowany, w serialu natomiast nieco mniej przyjemny w kontaktach. Aby to zobrazować pozwolę sobie posłużyć się cytatem:

"Anderson cisza, zaniżasz IQ całej ulicy!"

Warto także zauważyć, że serialowy Holmes jest socjopatą. Pozostając już przy tym temacie, stwierdzam, że jeśli chodzi o  grę aktorską, Benedict Cumberbatch spisał się na medal. Nie zamierzam oczywiście pomijać i innych członków obsady. Pozostali aktorzy również doskonale wcielili się w swoich bohaterów, dzięki czemu raczej nie można narzekać.

Ostatnią mocną stroną, - chociaż niewątpliwie jest ich o więcej - na którą pragnę zwrócić uwagę są antagoniści. Naturalnie jednym z nich - jakież to zaskoczenie - pozostaje stary, zły Jim Moriarty. Po raz pierwszy zostaje wspomniany już w pierwszym odcinku, zupełnie jakby twórcy chcieli nam udowodnić, że jego debiut będzie czymś "mocnym". I rzeczywiście z tej obietnicy się wywiązują. "Wielka gra" zdecydowanie zasługuje na ten epitet. Moriarty wita się z widzami biorąc zakładników, których życie zależy od tempa rozwiązywania zagadek przez Sherlocka. Nie chcę zdradzać za wiele, zatem pozwolę sobie na tym zakończyć rozważania na temat tego odcinka. Jednak Jim nie zwalnia i nie robi się przewidywalny w kolejnych odcinkach - nawet po śmierci znalazł sposób na straszenie detektywa zza grobu.  Wszystko oczywiście z pewną pomocą.

Uważam, że serial jest godny polecenia. Całość jest przemyślana, dobrze rozplanowana i świetnie wykonana, a po obejrzeniu, aż chce się zakrzyknąć: "Jedziemy na Bakerstreet". :)



Skomentuj »