Archiwum bloga
Ciekawostka czytelnicza
Najgrubsza książka świata liczy 4032 strony, a waży około 8 kilogramów. Jest to zbiór wszystkich przygód panny Marple - postaci wykreowanej przez Agathę Christie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Tess Gerritsen "Sekret, którego nie zdradzę."
Kobieta leżąca na kanapie – wydawałoby się, że śpi, gdyby nie jeden szczegół. Na jej dłoniach spoczywają gałki oczne. Ta śmierć jest jedną z najdziwniejszych, z jaką spotkały się detektyw Jane Rizzoli i doktor Mare Isels. Wkrótce okazuję się, że to nie jedyne takie zabójstwo a osoba, która może pomóc w rozwiązaniu zagadki skrywa sekret, którego nie zamierza wyjawić.
Tess Gerritsen, autorka powieści „Sekret, którego nie zdradzę”, z zawodu jest lekarzem internistą. Jej pierwszą książką był romans-kryminał. Jednak prawdziwy rozgłos przyniosły jej thillery medyczne, z których pierwszy był „Dawca”.
Opowieść zaczyna się od przemyśleń anonimowej narratorki – uczestniczki pogrzebu. Czytając, możemy dowiedzieć się o jej emocjach, charakterze oraz ujrzeć skrawki przeszłości, ale nie wiemy kim ona jest, jak się nazywa i ile ma lat. Na wyjaśnienia musimy trochę poczekać, ponieważ kolejny rozdział opowiada historię z innego punktu widzenia. Na świat spoglądamy oczami Maury Isels i jej „partnerki” detektyw Rizzoli.
Styl powieści jest prosty, lecz od czasu do czasu natykamy się na terminy medyczne. Nie może się też obyć bez opisów sekcji zwłok, jak również miejsc zbrodni. Tok narracji przeplatany jest rozdziałami podobnymi
do pierwszego – o anonimowej kobiecie. Jednak nie przeszkadza to
w czytaniu, a raczej przykuwa uwagę. Głównym wątkiem pozostaje rozwiązanie sprawy morderstwa. Jednak nie brakuje obrazów z życia prywatnego bohaterek. Narracja gładko przechodzi z opisów zwłok do codziennych problemów szarego człowieka. Historia toczy się dynamicznie i trzyma
w napięciu do ostatniej kropki.
Moim zdaniem to genialna powieść z dreszczykiem. Coraz to na nowo odkrywane tajemnice przyciągają uwagę czytelnika, nie pozwalają się mu nudzić. Nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach. Polecam tę opowieść osobom lubiącym razem z bohaterami rozwiązywać zagadki.
Will Hill "Departament 19"
Jamie Capenter, główny bohater powieści, wiódł spokojne życie w południowej Anglii. Pewnego dnia na przydomowym podwórku pojawiają się wyposażeni w broń mężczyźni w kamizelkach kuloodpornych, którzy celują w ojca Jamie’go. To było ostatnie wspomnienie chłopaka dotyczące taty. Prawie wszystko, co o nim wiedział, okazało się kłamstwem. Ojciec Jamie’go wcale nie pracował w Ministerstwie Obrony – jak twierdził, lecz należał do Departamentu 19. Ponadto ktoś, a raczej coś, porwało matkę chłopca. Jamiemu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale nie powstrzyma go, to przed odnalezieniem i uwolnieniem swojej rodzicielki. Czy uda mu się przeżyć? Czy uratuję mamę? Kogo spotka na swojej drodze?
Dystrykt 19 to pierwsza część z serii, napisanej przez brytyjskiego autora Willa Hilla. Pisarz rzucił pracę w wydawnictwie, aby stworzyć swoją pierwszą książkę. Wcześniej był barmanem, księgarzem oraz wolontariuszem.
Książka opowiada o szesnastoletnim chłopaku, który mieszka
razem z matką w niewielkim miasteczku. Kilka lat wcześniej zginął jego ojciec.
Jamie Capenter wcale nie tęskni za mężczyzną, nienawidzi go, ponieważ okłamywał rodzinę. Dwa lata później, po powrocie do domu, chłopak nie zastał matki tylko dziwną postać - mężczyznę o czerwonych oczach i wystających kłach - wampira.
Wkrótce chłopak dla własnego dobra wstąpił w kręgi instytucji, dla której pracował jego ojciec. Nie podobał mu się ten pomysł, ale to było jedyne wyjście,
by odnaleźć matkę. Tam poznaje tajemnice nowego świata, gdzie występują: krwiożercze wampiry, monstrum Frankenstein, wilkołaki oraz inne stwory. Na swojej drodze pokonuję wiele przeszkód, żeby wrócić do matki. Poznaje XIX –wieczny Londyn, Nowy York lat trzydziestych oraz Transylwanię i Rosję.
Książka napisana dość lekkim, młodzieżowym stylem. Fabuła na początku opowieści rozwija się powoli, lecz potem zaczyna się rozkręcać.
Kolejne rozdziały przenoszą nas kilkadziesiąt lat wstecz, dzięki czemu poznajemy historię Draculi, Van Helsinga czy Frankensteina. Moim zdaniem w książce jest
zbyt wiele przemieszanych motywów i tematów znanych nam z innych utworów: wampiry, Frankenstein oraz wilkołaki. Sytuację ratuje fakt, że są one powiązane
i zgrabnie zestawione. W tej lekturze każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Pojawiają się w niej sceny akcji, wątek przyjaźni oraz młodzieńczej miłości,
a wszystko to w oprawie fantastyki i horroru. Czasami taka różnorodność gatunków
może przytłaczać. Podsumowując książka ta jest dobra, zgrabnie napisana
a fabuła wciągająca choć wolno się rozwija.
Alice Feeney „Czasami kłamię”
Czasem, żeby postąpić słusznie, trzeba zrobić coś
niesłusznego, takie życie.
Poznajcie Amber
Reynolds - prezenterkę radiową, która aktualnie przebywa w stanie śpiączki.
Życie jej nie oszczędzało - w dzieciństwie przeżyła traumę, nie układa jej się
z mężem, na domiar złego grozi jej zwolnienie z pracy. Swoistą reakcją obronną
głównej bohaterki, umożliwiającą jej funkcjonowanie, są rozliczne kłamstwa, jakimi
raczy najbliższych i siebie samą, niekończące się sekrety i błędne wyobrażenia.
Do szpitala trafia w wyniku wypadku samochodowego, którego zupełnie nie
pamięta. Jest uwięziona we własnym ciele, słyszy, co się wokół niej dzieje,
lecz nie może się poruszyć ani odezwać.
To był największy błąd w moim życiu, i od tamtej
pory za niego płacę.
„Czasami kłamię” to książka
tak wielowątkowa i skomplikowana, że główną emocją towarzyszącą czytelnikowi jest nieustanne
zdziwienie. Autorka zaskakuje nas na każdym kroku, trup ściele się gęsto, a
chęć poznania sekretów, jakie kryje w sobie powieść nie pozwala się od niej
oderwać. Z tak zagmatwaną książką, słusznie klasyfikowaną jako thriller
psychologiczny, nie spotkałam się dawno i muszę przyznać, że jest to spotkanie
warte powtórzenia. Czytelnik trzymany jest w napięciu od początku do samego
końca, a wersja wydarzeń, którą przyjmie zależy od jego własnej interpretacji.
Utrudnia ją fakt, iż we wspomnieniach Amber na zmianę przeplata się prawda i
fałsz, granica między snami a rzeczywistością zaciera się, przyprawiając
odbiorcę o palpitacje serca i mętlik w głowie.
Ludzie to nie lustra, nie widzą
cię tak, jak ty sam siebie postrzegasz.
Podsumowując, jest to
pozycja bez wątpienia oryginalna, wnosząca powiew świeżości i wyróżniająca się
na tle przeciętnych, powielających schematy kryminałów czy thrillerów. Może
służyć jako odskocznia od rzeczywistości, jednocześnie nie dając od siebie
odpocząć, póki nie dobrnie się do samego końca, a nawet później. Zmusza do
refleksji, wymaga od czytelnika prawdziwej gimnastyki umysłowej i jednocześnie
niesie ze sobą pewną mądrość. Poprzez wielość i wagę poruszanych aspektów,
dotyka współczesnych problemów, niweluje wrażenie odrealnionej fikcji
literackiej. Jest to książka, której po prostu nie da się zapomnieć.
Illuminae
Co jest nie tak? Właściwie wszystko. Na jednym z promów wybuchła epidemia wciąż mutującego wirusa, na drugim zbuntował się komputer pokładowy, a ścigający ich wrogi pancernik jest coraz bliżej. Z tej sytuacji chyba nie ma żadnego wyjścia...
Kolejna space opera, powielająca znane schematy science fiction, skupiająca się na relacji nastolatków i nie wnosząca nic do życia?
Zdecydowanie nie. Amy Kauffman i Jay Kristoff stworzyli coś nowego i niesamowicie oryginalnego. Zamiast klasycznej narracji mamy tutaj zbiór tajnych wiadomości, plików, plakatów, mejli, wycinków z czatu, opisów nagrań z kamery. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką książką. Oprócz porywającej fabuły, książka jest doskonała również pod względem wizualnym. Wygląda prześlicznie, praca grafików jest godna podziwu.
Ciekawostką może być fakt, że książkę pomogli wydać... czytelnicy. W zeszłym roku wydawnictwo Moondrive dało znać o nietypowej akcji. Koszty wydania Illuminae były olbrzymie. Wiązało się z tym duże ryzyko - co, jeśli książka nie okaże się popularna? Nie znajdzie odbiorców i trzeba będzie ją zniszczyć? By mieć pewność, że tak się nie stanie, Moondrive poprosił, by zainteresowani wydaniem Illuminae w Polsce kupili książkę w preoderze. Akcja zakończyła się sukcesem wsparło ją blisko 3000 osób, a cel zbiórki został znacznie przekroczony - zebrano 320% potrzebnych środków! (więcej możecie przeczytać o tym tu: https://shop.moondrive.pl/content/9-illuminae )
"The Illuminae Files" to seria licząca trzy tomy. Wkrótce doczekamy się polskiego wydania następnej części, zatytułowanej "Gemina". Na kolejną możemy chyba liczyć w przyszłym roku. Dla niecierpliwych, którzy woleliby wchłonąć cała serię naraz, dobra wiadomość: angielskie wydania są w Polsce dość łatwo dostępne.
W podsumowaniu chciałabym powiedzieć tylko jedno: bardzo polecam! To naprawdę niesamowita książka, od której po prostu nie da się oderwać.

Michael Grant "Gone. Zniknęli"
"Witamy w Perdido Beach. Nasze motto brzmi: << Promieniowanie? Jakie promieniowanie >>?"
Pewnego dnia z miasteczka Perdido Beach zniknęli dorośli. Tak po prostu. Bez żadnego "puff", bez ostrzeżenia. Każdy, kto skończył piętnaście lat, wyparował. Zniknęli rodzice, nauczyciele, lekarze, strażacy, pracownicy elektrowni atomowej. Pozostawione bez opieki dzieci muszą w ekspresowym tempie nauczyć się odpowiedzialności. A zniknięcie dorosłych wcale nie jest jedynym niecodziennym zjawiskiem - okazuje się, że okolica została otoczona kopułą, a ludzie i zwierzęta ulegli dziwnym mutacjom...
Rozpoczyna się walka o przeżycie i objęcie władzy w nowej rzeczywistości.
Co się właściwie stało? Kto za tym wszystkim stoi? Czy to wina promieniowania? A może... czegoś gorszego, ukrywającego się w mrokach opuszczonej kopalni?
Początkowo byłam do tej pozycji nastawiona dość sceptycznie. Postanowiłam jednak dać jej szansę i zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Akcja powieści już od pierwszych stron pochłonęła mnie do reszty. Nie minęło wiele czasu, bym uzależniła się od "Gone". Nie potrafiłam oderwać się od lektury, tomisko wszędzie brałam ze sobą. Nawet, kiedy nie czytałam, moje myśli wciąż krążyły wokół wydarzeń z Perdido Beach. Z czystym sumieniem stwierdzam, że to jedna z najlepszych książek, jakie miałam zaszczyt czytać. Niezwykle emocjonująca, trzymająca w napięciu. Jednak... Doszło do tego, że i mnie zaczął udzielać się tytułowy niepokój. Nie dałam rady jej dokończyć. Zbyt się bałam, co mogą kryć następne strony. Naprawdę chciałabym poznać koniec tej historii, ale chyba mam na to za słabą psychikę. Mam nadzieję, że uda mi się przemóc. Jestem bardzo ciekawa ciągu dalszego.
Dawno nie miałam w ręku tak dobrej książki. Wszystkim, którzy nie boją się bać, serdecznie polecam.
"Już mnie nie oszukasz"
Autor: Harlan Coben
Tłumaczenie: Robert Waliś
Wydawnictwo: Albatros
Szum
silników, krzyki, płacz i strzały to rzeczy, z którymi musi się zmierzyć
weteran wojenny każdej nocy, gdy w snach powraca na pole walki. Nie każdy kombatant
wiedzie spokojne życie, za niektórymi śmierć kroczy do końca życia. Tak jest z
Mayą, pilotem śmigłowca bojowego, która po powrocie do kraju traci swoją
siostrę, a następnie na jej oczach zostaje zastrzelony jej mąż. Pogrążona w
żałobie próbuje ułożyć sobie życie i stara się przyzwyczaić do roli opiekuńczej
matki. Nie jest to proste, lecz robi wszystko, żeby uchronić swoją małą
córeczkę przed złem. Gdy wszystko już zaczęło się jakoś układać, wydarza się
coś, co przestraszyłoby nawet najbardziej doświadczonego weterana. Podczas
rutynowego sprawdzania nagrań z ukrytych kamer Maya zobaczyła coś, na co nigdy
nie była gotowa. Ujrzała swojego zmarłego męża bawiącego się z ich córeczką.
Nigdy nie czuła takiego strachu jak wtedy. Mogła tylko zadać sobie pytania: Czy
naprawdę to się dzieje?, Czy on żyje? Może to stres pourazowy zmącił
jej zmysły albo ktoś po prostu ją ciągle oszukuje. Bohaterka wiedziała tylko
jedno, że nie spocznie póki nie znajdzie odpowiedzi na te pytania.
Tak rozpoczyna się opowieść w thrillerze „Już
mnie nie oszukasz” Harlana Cobena, powieści pełnej tajemnic, zwrotów akcji i
doskonałej atmosfery. Na początku muszę przyznać, że było to moje pierwsze
spotkanie z tym gatunkiem. Nie byłem przyzwyczajony do tego typu książek i
myślałem, że nie wpasuje się on w moje upodobania. Zakładałem, że mogę się mylić,
ale nie sądziłem, że aż tak. Książka po prostu mnie wciągnęła. Z każdą kartką wchodziłem, coraz głębiej w historię Mai i jej rodziny. Główna bohaterka nie była
typową „panią detektyw”, odnajdującą kolejne ślady zbrodni a weteranką, która
nie tylko miała problem, żeby powrócić do „normalnego” życia, ale też borykała
się z ciężarem własnej przeszłości. Łącząc to z jej uporem oraz
wojskową stanowczością, otrzymujemy osobę zdolną zrobić wszystko, żeby otrzymać
odpowiedź na dręczące ją pytania. Postać Mai nie była jednak jedynym powodem, dla którego książka Cobena tak mi się spodobała. Była nią tajemnica, na której
opierała się konstrukcja fabuły. Poprzez wiele zwrotów akcji opowieść trzymała mnie
w ciągłym napięciu i do końca nie wiedziałem, co jest prawdą a co oszustwem. Zakończenie książki jest bardzo satysfakcjonujące i niespodziewane,
jednocześnie zadziwiająco logiczne. Jedynym minusem książki było to, że autor
prowadził kilka wątków, których potem nie dokończył, ale z drugiej strony, nie były
one tak ważne dla całej fabuły.
Podsumowując,
książka „Już mnie nie oszukasz” Harlana Cobena jest doskonałą pozycją dla osób lubiących thrillery,
ale też czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym gatunkiem literackim.
Bartłomiej
Kisiel
RECENZJA: Dan Brown - Początek
Dana Browna można bez krzty przesady nazwać jednym z najpopularniejszych autorów książek na świecie. Jego największy hit - "Kod Leonarda da Vinci" z roku 2004, rozszedł się w nakładzie prawie 100 milionów egzemplarzy i został przetłumaczony na 44 języki. "Początek" to jego siódma książka i piąta z Robertem Langdonem jako protagonistą. Pytanie tylko, czy ta seria nie powinna umrzeć w glorii i chwale dekadę temu?Fabuła książki opowiada o naukowcu, który ma do przekazania światu bardzo ważne odkrycie. Niestety, podczas wielkiej prezentacji, oglądanej przez Internet na żywo przez miliony osób, zostaje w tajemniczych okolicznościach zastrzelony. Robert Langdon, wraz z narzeczoną hiszpańskiego księcia oraz sztuczną inteligencją stworzoną przez naukowca, obiera za cel odnalezienie całości prezentacji i przekazanie jej już nie milionom, ale setkom milionów ludzi na całym świecie. A stawka jest warta gry, gdyż prezentacja zawiera odpowiedzi na odwieczne pytania ludzkości: skąd idziemy i dokąd zmierzamy? W całość zamieszany jest hiszpański kardynał, kościół palmariański, a nawet hiszpańska rodzina królewska.
"Początek" to najlepsza książka Dana Browna z serii o Robercie Langdonie. Najlepsza, bo wszystkie są takie same. Nie sposób nie rozpocząć opinii o tej książce inaczej niż słowami kultowej piosenki - "Ale to już było". Dla osoby znającej z poprzednich książek klisze, jakimi posługuje się autor, "Początek" będzie jak remiks dobrze znanej piosenki. Znowu Langdon poszukuje czegoś przełomowego, znowu ma to zburzyć całe chrześcijaństwo, znowu ma ze sobą partnerkę, z którą znowu będzie rozwiązywał historyczno-symboliczne zagadki w kolejnych znanych miejscach. Charakterystyczne dla Browna zwroty akcji nie będą w stanie zaskoczyć weteranów sagi (jedynie samo rozwiązanie na końcu może przynieść zaskoczenie). Czasami miałem wrażenie, że były one wymierzone co do strony, jakby autor ustalił sobie stałą ilość kartek, po których musi nastąpić zwrot akcji. Osobiście bardzo mi się podobały książki "Cyfrowa twierdza" i "Zwodniczy punkt", ponieważ w nich Dan jeszcze nie odnalazł swojej "złotej formuły", zgodnie z którą pisze każdą kolejną książkę. Chętnie przeczytałbym następną jego książkę bez Roberta w roli głównej.
Nie mógłbym zasnąć z czystym sumieniem, gdybym nie poruszył jeszcze jednego wątku - założenia, jakoby wszyscy chrześcijanie, w tym katolicy, byli kreacjonistami, a udowodnienie ewolucji zburzyło cały Kościół. Pogląd ten najpewniej wziął się stąd, że w Stanach, gdzie żyje Dan Brown, jest mnóstwo kreacjonistycznych sekt protestanckich. Ale - niespodzianka! - jest mnóstwo chrześcijan, do których należy również znaczna większość katolików, którzy jak najbardziej akceptują istnienie ewolucji. Powiem więcej - od lat 50-tych w oficjalnej wykładni Kościoła przyjmuje się pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju (łącznie z opisem stworzenia świata) za opisy poetyckie i symboliczne, nie zaś historyczne. Takich nieścisłości uniwersum Langdona i świata rzeczywistego jest więcej, choć są one również w jakiś sposób stałym punktem w książkach z tej sagi.
Na koniec powiem - "Początek" to fantastyczna książka. Moja recenzja jest napisana z perspektywy osoby, która przeczytała każdą książkę Dana Browna i uważam, że weterani serii będą mieli podobne odczucia co ja - fajne, ale nic nowego. Zaś nowi czytelnicy, nieznający przygód Roberta Langdona, lub którzy przeczytali sam "Kod da Vinci", jestem przekonany, że będą zachwyceni. Bo to nadal ciekawa, niesamowicie wręcz wciągająca książka, dzięki której można się dowiedzieć paru ciekawostek z dziedziny historii i architektury, na przykład barcelońskiej Sagrady Familii. Im z pewnością ta książka bardzo przypadnie do gustu.
House of Cards: Ograć Króla
Książka House of Cards: Bezwzględna gra o władzę oraz oparte o nią dwa pierwsze sezony serialu House of Cards pokazały czytelnikom oraz widzom drogę Franka po trupach do celu - najwyższego stanowiska w państwie. Potem ich drogi się rozeszły i każde z mediów pociągnęło historię w swoją stronę. Dzisiaj zajmiemy się drugą częścią sagi Michaela Dobbsa, opowiadającej o dziejach bezwzględnego Francisa Urquharta.
Ograć króla rozpoczyna się bezpośrednio po wydarzeniach przedstawionych w części pierwszej. Francis stara się odbudować zaufanie wyborców, nadszarpnięte poprzez głośne skandale, za które sam odpowiadał. Wypełniając jeden ze swoich obowiązków, spotyka się co tydzień z królem. Monarcha chce wygłosić przemówienie o jedności narodowej w Boże Narodzenie, jednak Frank nie chce do tego dopuścić, gdyż byłoby to równoznaczne z tym, że rząd dzieli obywateli, a nie jednoczy. Król, mimo tego, iż ma związane ręce, postanawia postawić się premierowi, który wypowiada mu wojnę. Jedno jest pewne - na dwa tak wielkie charaktery nie ma miejsca i ktoś musi ustąpić. Ale kto to będzie i jak się to stanie?
Druga część opowieści o Urquharcie jest skoncentrowana na konflikcie króla i premiera, jednak nie zagłusza to innych wątków. Do najciekawszych należą: doradcy królewskiego, ukrywającego swoją prawdziwą tożsamość, również przed samym sobą; Sally, mistrzyni sondaży, którą zatrudnia do celów propagandowych Francis oraz niepokornej księżnej potrzebującej na gwałt pieniędzy. Za wszystkim, jakby z boku sceny, stoi znany z poprzedniej części magnat prasowy Landless, rzadko będący na pierwszym planie, jednak kluczowy w całej intrydze. Wszystkie te wątki rozwijają się z pozoru bez wpływu na główny konflikt, jednak pod koniec zaczynają się splatać, tworząc wręcz niesamowite związki przyczynowo-skutkowe. Sam antagonista Franka, król Wielkiej Brytanii, został napisany tak, by być absolutnym przeciwieństwem premiera - jest uczciwy wobec innych, a przede wszystkim siebie, empatyczny, bez parcia na szkło, nieco skryty i nieśmiały. Doprowadza to czytelnika do momentu, w którym nie wie, dlaczego nadal kibicuje temu draniowi Urquhartowi, zamiast porządnemu królowi.
Fantastyczne w całej serii są zwroty akcji - momenty, w których działania poczynione z myślą o zysku, czynią szkody i na odwrót. Nigdy nie można przewidzieć jaki będzie końcowy skutek działań zarówno Francisa, jak i monarchy. Jeżeli zaś miałbym wymieniać minusy, wskazałbym na dosyć wolne tempo akcji, przynajmniej na początku. Niektóre wątki zdają się być rozwleczone i niepotrzebnie przedłużane. Ale największy problem mam z finałem. Cała intryga się już zakończyła, wiadomo, kto wygrał. Dochodzi do starcia głównych przeciwników. Spotkanie to przybiera niespodziewany obrót i oto nagle wygrany stoi przyparty do muru, bez możliwości poruszenia się. Przegrany zaś, mimo ustąpienia z urzędu, zdaje się być ostatecznym zwycięzcą. Wiadomo już, że będzie w stanie boleśnie ranić adwersarza. I co się wtedy dzieje? Koniec książki. Po przeczytaniu pomyślałem, że to wydarzenie stanie się punktem wyjścia do kolejnej części. A tu się okazuje, że Ostatnie Rozdanie zaczyna się dziesięć lat później, a sam wątek już nigdy nie zostaje podjęty. Moje rozczarowanie było przeogromne. Panie Dobbs, tak się nie robi.
Pomimo momentami ślamazarnej fabuły i fatalnego zakończenia, House of Cards: Ograć Króla to nadal wspaniała książka. Cała saga jest pozycją obowiązkową dla każdego szanującego się fana intryg i brutalnych rozgrywek politycznych, w których nie ma czegoś takiego jak zasady fair play - "poluj lub bądź zwierzyną", jak mawia Francis.
Skomentuj »
Ograć króla rozpoczyna się bezpośrednio po wydarzeniach przedstawionych w części pierwszej. Francis stara się odbudować zaufanie wyborców, nadszarpnięte poprzez głośne skandale, za które sam odpowiadał. Wypełniając jeden ze swoich obowiązków, spotyka się co tydzień z królem. Monarcha chce wygłosić przemówienie o jedności narodowej w Boże Narodzenie, jednak Frank nie chce do tego dopuścić, gdyż byłoby to równoznaczne z tym, że rząd dzieli obywateli, a nie jednoczy. Król, mimo tego, iż ma związane ręce, postanawia postawić się premierowi, który wypowiada mu wojnę. Jedno jest pewne - na dwa tak wielkie charaktery nie ma miejsca i ktoś musi ustąpić. Ale kto to będzie i jak się to stanie?
Druga część opowieści o Urquharcie jest skoncentrowana na konflikcie króla i premiera, jednak nie zagłusza to innych wątków. Do najciekawszych należą: doradcy królewskiego, ukrywającego swoją prawdziwą tożsamość, również przed samym sobą; Sally, mistrzyni sondaży, którą zatrudnia do celów propagandowych Francis oraz niepokornej księżnej potrzebującej na gwałt pieniędzy. Za wszystkim, jakby z boku sceny, stoi znany z poprzedniej części magnat prasowy Landless, rzadko będący na pierwszym planie, jednak kluczowy w całej intrydze. Wszystkie te wątki rozwijają się z pozoru bez wpływu na główny konflikt, jednak pod koniec zaczynają się splatać, tworząc wręcz niesamowite związki przyczynowo-skutkowe. Sam antagonista Franka, król Wielkiej Brytanii, został napisany tak, by być absolutnym przeciwieństwem premiera - jest uczciwy wobec innych, a przede wszystkim siebie, empatyczny, bez parcia na szkło, nieco skryty i nieśmiały. Doprowadza to czytelnika do momentu, w którym nie wie, dlaczego nadal kibicuje temu draniowi Urquhartowi, zamiast porządnemu królowi.
Fantastyczne w całej serii są zwroty akcji - momenty, w których działania poczynione z myślą o zysku, czynią szkody i na odwrót. Nigdy nie można przewidzieć jaki będzie końcowy skutek działań zarówno Francisa, jak i monarchy. Jeżeli zaś miałbym wymieniać minusy, wskazałbym na dosyć wolne tempo akcji, przynajmniej na początku. Niektóre wątki zdają się być rozwleczone i niepotrzebnie przedłużane. Ale największy problem mam z finałem. Cała intryga się już zakończyła, wiadomo, kto wygrał. Dochodzi do starcia głównych przeciwników. Spotkanie to przybiera niespodziewany obrót i oto nagle wygrany stoi przyparty do muru, bez możliwości poruszenia się. Przegrany zaś, mimo ustąpienia z urzędu, zdaje się być ostatecznym zwycięzcą. Wiadomo już, że będzie w stanie boleśnie ranić adwersarza. I co się wtedy dzieje? Koniec książki. Po przeczytaniu pomyślałem, że to wydarzenie stanie się punktem wyjścia do kolejnej części. A tu się okazuje, że Ostatnie Rozdanie zaczyna się dziesięć lat później, a sam wątek już nigdy nie zostaje podjęty. Moje rozczarowanie było przeogromne. Panie Dobbs, tak się nie robi.
Pomimo momentami ślamazarnej fabuły i fatalnego zakończenia, House of Cards: Ograć Króla to nadal wspaniała książka. Cała saga jest pozycją obowiązkową dla każdego szanującego się fana intryg i brutalnych rozgrywek politycznych, w których nie ma czegoś takiego jak zasady fair play - "poluj lub bądź zwierzyną", jak mawia Francis.
Recenzja "Kroniki Wardstone - Zemsta Czarownicy"
Autor: Delaney Joseph
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Cykl: Kroniki Wardstone
Wydawnictwo: Jaguar
Książka Delaney Joseph opowiada historię Toma Wardsa młodego chłopca, który kończąc swoje 13. urodziny, wstąpił w dorosłe życie. Jak każdy chłopiec w jego wieku, musi podjąć ważną decyzję dotyczącą wyboru przyszłej pracy. Jednak w odróżnieniu od rówieśników ma możliwość dokonania innego wyboru. Jako siódmy syn w swojej rodzinie posiada predyspozycje, by zostać stracharzem – osobą wybraną, która ochroni świat przed potworami z Mroku. Stracharze walczą nie tylko z duchami i zjawami, ale też z wiedźmami, czarownicami, boginami (na przykład rozpruwaczami) i demonami, które nawiedzają ziemię. Praca jest trudna, niebezpieczna i niewdzięczna. Mimo to Tom podejmuje decyzję, aby pójść do terminu u strycharza Johna Gregory, chroniącego tę część Hrabstwa, w której zamieszkuje on i jego rodzina. Praktykując u swego mistrza poznaje podstawy i metody pracy stracharza. Tom rozpoczyna ćwiczenia typu: rzucanie srebrnym łańcuchem na 9 metrów, wykopywanie dołów na najniebezpieczniejsze boginie, czy też robienie notatek o stworzeniach ciemności nękających Hrabstwo.
Podczas nauki, bohater poznaje Alice, młodą dziewczynę w czerwonych szpilkach z wąskimi noskami, co jak każdy wie, zawsze niesie ze sobą problemy. Czy Tom poradzi sobie z nowym zadaniem? Czy powstrzyma coraz to większe zło napływające do Hrabstwa? I co wyniknie z jego znajomości z Alice?
„Zemsta Czarownicy” to atrakcyjna pozycja dla fanów fantasy, którzy nie oczekują kolejnej historii o elfach, krasnoludach i podobnych rzeczach. W powieści pojawiają się stworzenia z dawnych wierzeń Słowian: wiedźmy, czarownice, boginy, zjawy, demony i wiele innych. Dzięki nim, opowiadana historia staje się chwilami bardzo mroczna i tajemnicza. Ale to nie jest jedyna zaleta tej książki. Fabuła jest pełna zwrotów akcji, ale i też sporów moralnych Minusem natomiast, jest sposób w jaki ta historia została napisana. Narracja prowadzona jest prostym językiem, przez co może wydawać się, iż kierowana jest do młodszych czytelników. Może to przeszkadzać tym bardziej wytrawnym , ale mimo to warto po "Kroniki" sięgnąć, zwłaszcza gdy chcemy przeczytać coś „lekkiego”.
Bartłomiej Kisiel
„Kroniki Wardstone – Klątwa z Przeszłości"
Recenzja książki „Kroniki Wardstone – Klątwa z Przeszłości"Autor: Delaney Joseph
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Cykl: Kroniki Wardstone
Wydawnictwo: Jaguar
Mrok coraz bardziej rozpowszechnia się nad Hrabstwem, bogini atakują chłopów, a mroczne moce, które były uśpione, zaczynają się budzić. Nigdzie nie ma przed tym ucieczki, nawet do miejsc, które miały chronić, ani do ludzi, którzy mieli zwalczać zło, gdyż sami zostali pochłonięci przez mrok. W tych czasach Stracharze są jeszcze bardziej potrzebni, ale też są narażeni na wiele strasznych rzeczy, a śmierć jest najłagodniejszą z nich.
„Klątwa z Przeszłości” jest drugą częścią niemałej serii kroniki Wardstone. Tak ,jak w pierwszej części i tu poznajemy kolejne historie Toma Warda - młodego stracharza, uczącego się u mistrza Gregor’ego. Jego pierwszy zadaniem jako stracharza, jest zamknięcie i w miarę możliwości uratowanie ofiary Rozpruwacza – bogina, który zasmakował we krwi i za wszelką ceną chce zdobyć jej więcej. Niestety zaatakowaną osobą był ksiądz, brat Gregor’ego, który nie przeżył spotkania z potworem.
Stary stracharz postanowił, że wraz z Tomem wyruszyć do Priestown, gdzie miał odbyć się pogrzeb jego brata. Jednakże nie tylko rodzinny obowiązek ściągnął mistrza i jego ucznia do tego miasta. Może, było to miasto uduchowione, posiadało katedrę, jedną z nielicznych w Hrabstwie i było domem dla wielu księży i mnichów. Jednak w podziemiach tego miastem kryje się pradawne zło, które podporządkowuje swojej woli duchownych i wyniszcza w nich głos dobra.
Czy Tomowi i Gregor’emu uda się powstrzymać ciemność pochłaniającą to miasto? Czy sami ulegną pradawnej mocy, która skrywa się pod miastem? No i co znowu robi tu Alice? Oto pytania, na które odpowiedź znajdzie czytelnik w książce „Klątwa z Przeszłości” do lektury, której serdecznie zapraszam.
Bartłomiej Kisiel.
2001. Odyseja kosmiczna
Arthur Charles Clarke "2001. Odyseja kosmiczna"
Czy poza Ziemią istnieje życie? Albo chociaż inteligencja?
Arthur Clarke prezentuje jeden z możliwych wariantów.
Na Księżycu odnaleziono tajemniczy monolit. Ma perfekcyjnie gładką powierzchnię, jego wymiary zachowują idealną proporcję 1:4:9. Na dodatek emituje on dziwne promieniowanie elektromagnetyczne. Raczej wykluczonym jest, by było to dzieło natury...
Dwa lata później pięciu astronautów wyrusza w podróż w stronę Saturna, w ślad za sygnałem, który wysłał ów monolit. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem - komputer pokładowy zyskuje świadomość i rozpoczyna bunt...
"Odyseja..." jest w pewnym sensie nietypowa - najpierw powstał film, dopiero potem wydano książkę. Mimo że Clarke był współautorem scenariusza, można zauważyć sporo różnic: kinowa wersja głównym wątkiem uczyniła bunt komputera pokładowego, podczas gdy jej książkowa odsłona skupiła się bardziej na uczuciach jednostki wobec osamotnienia w kosmosie.
Co mogę powiedzieć? "Odyseja kosmiczna" to absolutna klasyka gatunku. I chyba nie ma innego powodu, dla którego sięgnęłam po tę pozycję. Mówiąc szczerze, zawiodłam się trochę. Bardziej przerażający od samej fabuły okazał się być chyba styl, w którym książka została napisana. Czytałam ją ponad trzy miesiące, mimo że wcale nie jest to jakieś przesadnie opasłe tomisko - akcja tak się dłużyła, że nie potrafiłam dobrnąć do końca. Praktycznie nie było tu dialogów, pełno za to przydługich opisów skomplikowanych maszyn, które trudno było mi, jako humanistce, zrozumieć.
Clarkowi z pewnością nie można odmówić niezwykłej wyobraźni i fachowej wiedzy technicznej. Połączenie tych dwóch rzeczy zaskutkowało powstaniem dzieła niebywale realnego. Przyszłość przedstawiona w książce jest już przeszłością i aż dziw, że spotkania z cywilizacjami pozaziemskimi jeszcze na długo pozostaną tylko w strefie marzeń i domysłów.
Wciąż nie jestem do tej książki przekonana. Zakończenie średnio zachęciło mnie do sięgnięcia po następną część, jestem jednak bardzo ciekawa dalszego ciągu historii. Z pewnością kiedyś przemogę się i zajrzę do kolejnych tomów.
Harlan Coben - Trylogia
Jeśli nie lubisz być oszukiwany, stanowczo odradzam ci sięganie po twórczość Cobena. Pisarz ten widocznie za punkt honorowy przyjął zwodzenie swojego czytelnika i przysłowiowe robienie go w konia na każdym kroku. Z drugiej strony, przecież właśnie na to liczymy wybierając kryminały - chcemy zostać zaskoczeni, mylić się, by na końcu przyznać autorowi rację. Czyż tak właśnie nie jest?
Pragnę podzielić się z Wami trylogią Cobena, która cała opiera się na oszustwach. Składa się ona z części zatytułowanych: "Schronienie", "Kilka sekund od śmierci" oraz "Odnaleziony", opowiadających o Mickeyu Bolitarze.
Życie nastolatka zmieniło się w chwili, gdy jego ojciec zginął w wypadku samochodowym, a matka została wysłana na odwyk, przez co chłopak wylądował w domu swojego wuja. Mickey zaczyna chodzić do szkoły, poznaje swoją prawie dziewczynę, zdobywa przyjaciół i wrogów. Lecz nie może nawet pomarzyć o normalności. Kiedy miejscowe straszydło, Nietoperzyca - starsza pani mieszkająca samotnie w wielkim domu - oznajmia, że jego ojciec wcale nie zginął, budzi w nastolatku nadzieję
i chęć do sprawdzenia prawdziwości tych słów. W międzyczasie jednak młodzieniec kilkakrotnie zmuszony jest pobawić się w detektywa. A wszystko za sprawą tajemniczej organizacji, która zleca jemu oraz jego przyjaciołom ratowanie konkretnych osób.
Trochę dużo.
Harlan Coben konsekwentnie trzyma się zasady "Wszyscy kłamią". A mówiąc wszyscy, mam na myśli wszyscy. Główny bohater, jego przyjaciele, Nietoperzyca i - cóż za niespodzianka - również antagoniści. Nawet sam autor postanawia okłamywać nas od czasu do czasu podsuwając fakty, które w rzeczywistości mają niewiele wspólnego z prawdą.
Nie można uwierzyć w nic, czego się dowiadujemy z książki. Często bowiem informacje w niej zawarte okazują się zupełnym przeciwieństwem faktycznego stanu rzeczy. Naturalnie, Coben raczy nas o tym powiadomić dopiero w następnej części.
Mimo to najważniejsze pytanie - jak potoczyły się losy ojca Mickeya - nie zostaje zapomniane. Szukając odpowiedzi, nastolatek przekonuje się, że nawet osoba, która zasiała w nim ziarnko niepewności, nie potrafi nic na ten temat powiedzieć. Nie stanowi to jednak żadnej poważnej przeszkody na drodze prowadzącej do prawdy.
Ciężko jest dopisać coś więcej bez niepotrzebnego spoilerowania, zatem dodam jedynie, że bohaterowie nie zwalniają tempa ani na chwilę. Tuż po rozwiązaniu jednej sprawy, zajmują się kolejną.
Starając się zebrać to wszystko w krótkim podsumowaniu, powiem, że by przeczytać trylogię należy mieć dużo wolnego czasu. Kiedy się bowiem już zacznie, bardzo ciężko jest choćby na chwilę oderwać się od książki. Ale skoro z własnej woli pakujemy się w sieć kłamstw i oszustw, należałoby się przecież z niej jakoś wyplątać. A nie ma na to lepszego sposobu, niż po prostu przeczytać do końca.
RECENZJA: Jo Nesbø - Wybawiciel
Jak już wcześniej wspomniałem, główny bohater zarówno tej książki, jak i całego cyklu, to komisarz policji w Oslo, Harry Hole. Trzeba przyznać, iż nie jest to specjalnie oryginalna postać. Jest dosyć sztampowym bohaterem. Jo z pewnością czerpał inspiracje przy pisaniu z Jamesa Bonda - przystojny, wysportowany, przenikliwy i błyskotliwy kobieciarz, nie okazujący bliskim zbyt wielu uczuć i nie stroniący od alkoholu. Nie można za to odmówić mu pewnego dziwnego uroku, który sprawia, że nie da się nie poczuć do Harry'ego sympatii i śledzić z zainteresowaniem jego poczynań. Tym razem musi zmierzyć się z tajemniczym morderstwem jednego z oficerów Armii Zbawienia, zbierającego datki podczas koncertu. Podczas śledztwa wychodzi na jaw niechlubna przeszłość członków Armii i związki z grupami serbskich ekstremistów. Mimo postępów w śledztwie, ilość ofiar coraz bardziej się powiększa. Czy oficerowie Armii Zbawienia prowadzą podwójne życie? I jaki związek z tym wszystkim ma wojna na Bałkanach?
Charakterystyczną dla Jo Nesbø jest narracja, która na początku może wydawać się chaotyczna, ale pozwala spojrzeć na historię z innej perspektywy. Początek jest retrospekcją wydarzeń sprzed lat, co do których nie mamy żadnej pewności jaką rolę odegrają w fabule, ani co tak naprawdę przedstawiają. Główna opowieść jest przedstawiana z dwóch perspektyw - komisarza Hole oraz mordercy. Nie oznacza to, że od razu znamy rozwiązanie zagadki. Powolne odkrywanie tożsamości oraz przeszłości zabójcy prowadzi czytelnika do rozwiązania, ale bynajmniej go nie uprzedza. Żeby zobaczyć pełny obraz, trzeba ułożyć w logiczną całość mnóstwo elementów - relacja pomiędzy braćmi, romanse, dewiacje, narkotyki.
Najmocniejszymi cechami "Wybawiciela" są: misternie uknuta intryga oraz nagłe zwroty akcji, ponieważ nie zawsze najprostsze rozwiązanie okazuje się być tym prawdziwym. Autor igra z czytelnikiem wodząc go za nos, by ten domyślał się nieopowiedzianych wprost faktów, a następnie na samym końcu przedstawia zupełnie inny obraz sprawy, pozostawiając czytelnika z opadniętą szczęką, który z jednej strony czuje się oszukany, a z drugiej załamany tym, że nie był w stanie sam do tego dojść. No właśnie - Jo Nesbø pokazuje tylko tyle, ile chce, i nic więcej. Ach, no i to zakończenie! Pełen napięcia wyścig z czasem, próba dorwania człowieka, który cały czas był pod ich nosem, ale nie byli w stanie go rozpoznać, namierzyć i schwytać. A na koniec - wymierzenie sprawiedliwości. Brutalnej, nieczystej sprawiedliwości. Takiej jak ta książka; nie bojącej się pokazać brutalności, dna moralnego i społecznego czy przedziwnych zachowań erotycznych. Autor nie ma również najmniejszego problemu, by bawić się z czytelnikiem, najpierw przedstawiając mu postać, co do której czuje sympatię lub współczucie, by następnie odkryć jej nieczyste intencje, zamiary oraz przeszłość, albo po prostu bezpardonowo zabijając ją. Ale właśnie dlatego miliony czytelników pokochało przygody Harry'ego. Jedyną oceną, jaką mogę dać, jest ta najwyższa. Lektura "Wybawiciela" to czysta przyjemność od początku do samego końca.
Agatha Christie - Dwanaście prac Herkulesa
Wśród genialnych detektywów, tuż obok Sherlocka Holmesa, jedno z czołowych miejsc zajmuje Herkules Poirot. Nie jest to wcale dziwne, ponieważ - choć jego metody są tak różne od sposobów działania geniusza z Bakerstreet - mają oni szereg cech wspólnych, które powinny charakteryzować każdego, kto rozwiązuje zagadki kryminalne.
Inteligencja, spryt, przenikliwość, a także umiejętność kreatywnego myślenia i szybkiego analizowania faktów - to tylko niektóre z cech, którymi Agatha hojnie obdarowała małego człowieczka z Belgii. Niestety - lub może raczej wprost przeciwnie - na próżno szukać wśród nich skromności. Akcję utworu rozpoczyna krótki wstęp, w którym Poirot dowiaduje się o swoim mitycznym imienniku i zaczyna wątpić w jego bohaterstwo. Uznaje Herkulesa za osobnika o śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach, a następnie stwierdza, że sam wykona jego dwanaście prac o wiele lepiej.
Tak oto wkraczamy wraz z nim do niejako innego świata, pełnego niespotykanych stworzeń, którym należy stawić czoło. Detektyw swoje "prace" wybiera kierując się głównie symboliką - i chwała mu za to, ponieważ o ile udało mu się odnaleźć Cerbera, jego próby poszukiwania na przykład ptaków stymfalijskich lub hydry, jak podejrzewam, raczej spełzły by na niczym.
Bardzo przypadła mi do gustu różnorodność spraw, których rozwiązania podjął się dzielny Belg. Oprócz uwielbianego przez wszelkie kryminały morderstwa w książce pojawiają się między innymi: szantaż, próba wyciszenia skandalu politycznego, z pozoru niegroźna sekta oraz kradzież.
Całkiem dużo.
Warto jeszcze zauważyć, że akcja utworu nie dzieje się w naszych czasach. Naturalnie, nie jest to wcale powód, by spisywać ją od razu na straty. Zamiast narzekać na staromodność, należałoby raczej dostrzec uroki lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Zasady dobrego wychowania, gościnność, wtrącanie obcojęzycznych zwrotów (francuskich) oraz te negatywne, takie jak na przykład prowincjonalne plotkowanie, pomagają poczuć klimat i na krótką chwilę z dumnego człowieka dwudziestego pierwszego wieku, zmienić się w spokojnego i nieco staromodnego Anglika.
Każde opowiadanie stawia przed detektywem nowe wyzwanie, ale przecież co to dla niego?
Należałoby także wspomnieć o wykorzystaniu przez autorkę elementu zaskoczenia. Poirot często znajduje coś, czego wcale nie szukał, jak na przykład, gdy starał się ustalić źródło plotek, natknął się na niewykryte morderstwo. Albo kiedy starając się wyjaśnić tajemnicze zaginięcie i pojawienie się jednej z uczennic szkoły plastycznej, odzyskał cenny obraz skradziony wcześniej.
Jak na razie brzmi całkiem dobrze. Ażeby było jeszcze lepiej, trzeba podkreślić pomysłowość dokonywanych zbrodni. O ile podszycie się przestępcy pod policjanta nie jest niczym niespotykanym, o tyle przeprowadzenie na nim operacji plastycznej, pod przykrywką dokonanego na nim ataku, nie można nazwać nieoryginalnym. Za równie dobry przykład może posłużyć tak samo opowiadanie "Stado Geryona". Fakt faktem, zatruwanie ludzi przez chemików wydaje się stare jak świat, jednak gdy użyte do tego celu bakterie i substancje działają tylko na ludzi, którzy cierpieli wcześniej na konkretną dolegliwość, należy do rozwiązań co najmniej interesujących.
Czy trzeba mówić coś jeszcze? Owszem. Nie wolno przecież nie napomknąć niczego o pomysłowości samego detektywa. Skoro zupełnie jak przed mitycznym Herkulesem, postawiono go przed zadaniami z pozoru niemożliwymi, musiał się on odwołać do równie niedorzecznych metod. Nie trzeba daleko szukać - już w drugim opowiadaniu Poirot daje nam to odczuć, choć oczywiście o wiele lepiej swoją kreatywność ukazuje w opowiadaniu piątym. Sprzątnięcie stajni Augiasza wymagało od niego wcześniejszego ubrudzenia sobie rąk. Kto by pomyślał, że czyjeś nazwisko można oczyścić przez oczernienie jego i jego małżonki na forum publicznym?
Podsumowując, Agatha Christie swoją książką zaprasza nas, byśmy wraz z Herkulesem wyruszyli na misję pełną sekretów i niespodzianek i od każdego zależy, czy sam zdecyduje się podjąć tego wyzwania. Osobiście uważam, że naprawdę warto.
Misja Ambasadora
Recenzja książki Trylogia zdrajcy. Księga 1. „Misja Ambasadora”
„Czystki skończyły się, osoby uzdolnione magiczne ze slumsów są dopuszczone do nauki, a niebezpieczeństwo ze strony najeźdźców zostało zażegnane. Można pomyśleć, że wszystko już się poukłada, lecz zaczynają się pojawiać kolejne problemy, które zagrażają spokojowi w mieście. Coraz więcej ludzi uzależnia się od nilu - nowego narkotyku, na ulicach grasuje Łowca Złodziei mordujący bezlitośnie wszystkich szefów podziemia, a na dodatek posada ambasadora w Sachace została pusta i trzeba znaleźć kogoś na to miejsce”.
z kubkiem gorącej herbaty lub czekolady.
Skomentuj »
Tytuł oryginalny: Traitor Spy Trilogy: The Ambassador's Mission
Autor:
Trudi Canavan,
Tłumaczenie: Agnieszka
Fulińska
„Czystki skończyły się, osoby uzdolnione magiczne ze slumsów są dopuszczone do nauki, a niebezpieczeństwo ze strony najeźdźców zostało zażegnane. Można pomyśleć, że wszystko już się poukłada, lecz zaczynają się pojawiać kolejne problemy, które zagrażają spokojowi w mieście. Coraz więcej ludzi uzależnia się od nilu - nowego narkotyku, na ulicach grasuje Łowca Złodziei mordujący bezlitośnie wszystkich szefów podziemia, a na dodatek posada ambasadora w Sachace została pusta i trzeba znaleźć kogoś na to miejsce”.
Tak wygląda sytuacja w Imardinie – mieście,
w którym toczy się akcja książki Trudi Canavan pt. „Misja Ambasadora”. Jest to pozycja
z gatunku powieści fantastycznej, opowiadająca historie kilku bohaterów, którzy
muszą sobie poradzić z kolejnymi problemami nawiedzającymi to miasto. Książka
będąca pierwszym tomem „Trylogii zdrady” jest kontynuacją poprzedniej serii pt.
„Trylogia Czarnego Maga” i ukazuje wydarzenia mające miejsce dwadzieścia lat
później, toteż po raz kolejny spotkamy tych samych bohaterów m. in.: Sonea, Rothen,
Cereni, Dannyl, Savara.
Książka porusza dwa wątki.
Pierwszy dotyczy Lorkina, syna
Wielkiego Mistrza Akkarina i jego nowicjuszki Sonei. Wyrusza on w
poszukiwaniu nowego rodzaju magii do niebezpiecznego państwa – Sachace,
gdzie pełni funkcję asystenta Ambasadora Gildii – Dannyla. Nie jest to proste
zadanie, gdyż obaj muszą przyzwyczaić się do innych zwyczajów panujących w
Sachace (np. jednym z nich jest posiadanie niewolników) oraz uważać
na osoby, które chcą się zemścić na Lorkinie i jego rodzinie.
Drugi wątek skupia się na Cerenie, który
nosi tytuł „Cery ze Strony Północnej” – Złodzieju, zmuszonym poradzić sobie z
nowym zagrożeniem, jakie pojawiło się w mieście – Łowcą Złodziei, który nie
pozostawiając żadnych śladów, łamie najlepsze zabezpieczenia kryjówek
Włamywaczy
i ich zabija. To samo miało spotkać Cerego lecz zamiast niego, Łowca morduje prawie całą jego rodzinę. Po zamachu na życie najbliższych Cere skupia się na ochronie córki Anyi i poszukiwaniu źródła dzikiej magii, która zagraża społeczności Złodziei. W ramach zemsty chce złapać mordercę
i ujawnić kim on jest.
i ich zabija. To samo miało spotkać Cerego lecz zamiast niego, Łowca morduje prawie całą jego rodzinę. Po zamachu na życie najbliższych Cere skupia się na ochronie córki Anyi i poszukiwaniu źródła dzikiej magii, która zagraża społeczności Złodziei. W ramach zemsty chce złapać mordercę
i ujawnić kim on jest.
Obie te historie
przeplatają się między sobą, dzięki czemu czytelnik ma wrażenie, że odbywają
one się w tym samym czasie. „Misja Ambasadora” to dobra pozycja dla fanów fantastyki
oraz zwolenników całej poprzedniej „Trylogii Czarnego Maga”. Całość jest dobrze
napisana, zawiera kilka wątków, zagadek i intryg ukrytych pomiędzy uliczkami Imardinu, chociaż według mnie brakuje w
niej trochę większego wykorzystania
bezkresu magicznych sił. Opisana historia w rekomendowanej Wam książce jest bardzo intrygująca i zajmująca zarazem, chociaż rozwija się bardzo powoli, przez co najlepiej czytać ją podczas długich jesiennych wieczorów, z kubkiem gorącej herbaty lub czekolady.
"Piaskowa Góra" Joanny Bator
Z ciekawością sięgałam po książkę Joanny Bator pt. "Piaskowa Góra". Zachwyciłam się jej "Japońskim wachlarzem" i "Rekinem z parku Yojogi" wspaniałymi relacjami zetknięcia się
z
japońską kulturą. Joanna Bator jest
pisarką uhonorowaną wieloma nagrodami. Za powieść "Ciemno, prawie
noc" w 2013 roku otrzymała nagrodę Literackiej "Nike",
natomiast "Piaskowa Góra", druga powieść, przyniosła jej
literacki rozgłos.
Gdybym pokusiła się o jednozdaniową recenzję, nazwałabym tę
książkę "przykrą."
"Piaskowa Góra" to czarny obraz życia w
czasach PRL- u. Oś fabularną powieści stanowią losy trzech pokoleń kobiet,
mieszkanek Wałbrzycha: urodzonej przed wojną Zofii, jej córki Jadwigi oraz wnuczki
Dominiki.
Bohaterowie powieści żyją w świecie
pozbawionym wartości - duchowej pustce. Ich egzystencja zdominowane jest przez
trud zaspokajania podstawowych potrzeb. Tęsknoty ograniczają się do zdobywania, niedostępnych w
czasach PRL, dóbr materialnych a jedynym marzeniem emigracja do świata łatwej
konsumpcji. Praktyki religijne mają wymiar parodii. Świat przedstawiony powieści często kreowany
jest na granicy groteski. Wydaje się, że jedyną wartością jaka może w takiej rzeczywistości
ocalać, jest miłość, ale ona w powieści Joanny Bator ma wymiar tragiczny .
Wizja ta jest, muszę przyznać, dość jednostronna i z całą pewnością
uproszczona, ale nie pozbawiona siły
artystycznego wyrazu.
I gdybyście kiedyś poczuli zmęczenie czarodziejami, wampirami,
losami agentów FBI i seryjnych morderców, mimo wszystko, polecam
lekturę książki Joanny Bator, z której możecie
zaczerpnąć wiedzy jak żyło i dorastało
się w czasach PRL. Choć to, uprzedzam, lektura dla dojrzałych
i wyrobionych czytelników. Zawsze zdarzyć się może, że podróż do świata młodości Waszych dziadków będzie początkiem odkrywania polskiej literatury współczesnej.
i wyrobionych czytelników. Zawsze zdarzyć się może, że podróż do świata młodości Waszych dziadków będzie początkiem odkrywania polskiej literatury współczesnej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























